Historia Stowarzyszenia według Ewy Kozdraj

Prehistoria

Kiedy w połowie lat 70. młody absolwent Zootechniki przeprowadził się z Warszawy na podlubartowską wieś, nikt chyba nie przypuszczał, że w ten sposób rozpocznie się jedna z najbarwniejszych historii alternatywnych społeczności lokalnych. Były student ze stolicy chciał mieszkać w ciszy i spokoju. I pewnie nawet by się to udało, gdyby nie stan wojenny. I fakt, że jego przyjaciele byli twórcami kabaretu Salon Niezależnych, a wybierający wolność studenci warszawskich uczelni, muzycy Brygady Kryzys i inne osoby zachwycone tą ciszą i spokojem zjechali w te strony. Tak budowała się niezależna, pozasystemowa, muzyczna i artystyczna „nieosada”.
Na przestrzeni kolejnych lat ludzie przyjeżdżali w nasze okolice zachwyceni tym, że można żyć na wsi, blisko natury, z przyjaciółmi dookoła, współodczuwaniem wobec świata zewnętrznego i z muzyką w tle. Cześć z nich zostawała, część wracała do miast „za chlebem”, w związku z edukacją swoich dzieci albo z perspektywami, które otwierała Polska po 1989 roku.
To w naszej okolicy w 2000 roku reżyser Michał Tarkowski, aktor znany z „Człowieka z marmuru” i „Wodzireja”, dokumentalista, twórca filmu „Koncert” z 1982 roku, nakręcił „Ogryzek i kwiat jabłoni” – https://www.youtube.com/watch?v=q3p_1mY9ROU&t=1526s , w którym wystąpiła część rodzin mieszkających wtedy w okolicy.
To tutaj w 2002 roku Nicolas Grospierre zrealizował swój projekt artystyczny, czyli „Portraits de communautes – Portrety społeczności”, współfinansowany przez Fundację Kultury i Institut Français. We wstępie do wydanej książeczki ze zdjęciami możemy przeczytać: „Kamionka to niewielka miejscowość leżąca 25 kilometrów od Lublina. Siedem wiosek rozsianych wokół Kamionki zamieszkuje grupa stu osób, czyli jakieś 25 rodzin. Ludzie ci uważani są za grupę post-hippisów, bitników czy też ekologów. Należałoby jednak raczej stwierdzić, że to mieszkańcy miast, którzy w którymś momencie swojego życia postanowili opuścić wielkie aglomeracje i zamieszkać na wsi. Migracja ta nie nastąpiła nagle, dokonywała się na przestrzeni ponad 20 lat. Kamionka to także twór „alternatywny”. Rzeczywiście, członkowie tej grupy przyjęli pewien szczególny tryb życia, wynikający zarówno z ich zainteresowań i przekonań, jak i wykonywanych przez nich zawodów: bliski naturze, ekologiczny, w którym twórczość artystyczna zajmuje miejsce zasadnicze. W Kamionce grywa się na własnoręcznie zrobionych bębnach, buduje tipi, odnawia stare, wiejskie domy i uprawia ziemię z całym szacunkiem dla natury. Nie wiem, czy to są hippisi. Spróbowałem ich poznać, sfotografować. Moim zdaniem tworzą społeczność”.

Moja historia w skrócie

O wsi Dąbrówka, budującym nowy dom Słomie (Jerzym Słomińskim) dowiedzieliśmy się w 1987 roku od poznanego w Łodzi kolegi pochodzącego z Lubartowa. Pojechaliśmy tam z moim mężem Tomkiem (Tomaszem Kozdrajem) na wakacje, tuż po mojej maturze. Nawet niespecjalnie czegoś szukaliśmy i niczego szczególnego się nie spodziewaliśmy. Dojechaliśmy pociągiem do Lubartowa i stamtąd dotarliśmy do Dąbrówki i okolic. Przyjechaliśmy z Łodzi, która choć była naszym domem, to jednak domem szarym i niełatwym do życia. To, co zobaczyliśmy wtedy na wsi, zachwyciło nas do tego stopnia, że Tomek już stamtąd nie wyjechał. Ja wróciłam jeszcze na jakiś czas do Łodzi, ale długo nie zagrzałam miejsca na Wydziale Romanistyki, tęskniąc za tym, co mogę określić jednym słowem: wolność.
Zamieszkaliśmy z Tomkiem w wynajętym drewnianym, ponadstuletnim domu krytym słomą. Początkowo nie wiedzieliśmy, z czego będziemy żyć, jak się utrzymywać. Skorzystaliśmy z tego, co już umieliśmy, i uczyliśmy się tego, co nowe. Tomek zaczął robić instrumenty muzyczne – bębny (nasza okolica była wtedy „zagłębiem bębniarskim”), ja robiłam swetry na drutach (w „różane” wzory), potem szyłam narzuty patchworkowe. Spotykaliśmy się z naszymi sąsiadami – innymi emigrantami z różnych miast Polski. Graliśmy wspólnie muzykę, tworzyły się zespoły, jak np. nasz żeński perkusyjny zespół Mama Bum (który przez cztery lata wielokrotnie koncertował, a w 1999 roku zdobył nawet nagrodę na Mikołajkach Folkowych) czy też znany w kręgach muzyki alternatywnej zespół Tomka – SKA LECZENI. Graliśmy w różnych formacjach. Występowaliśmy np. z Jackiem Kleyffem na FAMIE w 1989 roku, jako bębniarze Słomy podczas koncertu Tolerancja w 1991 roku (na którym zagrali Krzysztof Penderecki, Tomasz Stańko, Czesław Niemen, Kora, Marek Grechuta, Stanisław Sojka i inni znani muzycy) i na wielu innych imprezach muzycznych i festiwalach.
Już na wsi urodzili się nasi synowie (Kosma, Barnaba i Ole), a dzięki temu, że mieliśmy w Łodzi własną kawalerkę, w 1993 roku kupiliśmy 6-hektarowe gospodarstwo w Bratniku. Zamieniliśmy 27 m² na IX piętrze przy ruchliwej ulicy Gagarina na 60 000 m² przestrzeni w otulinie Kozłowieckiego Parku Krajobrazowego. I tu pojawił się problem. Co zrobić z taką ilością ziemi?

Początki stowarzyszenia

W 1993 roku uczyłam się we Francuskim Instytucie Zarządzania w Warszawie. Pełna obaw o tę ogromną dla mnie wtedy ilość ziemi zadzwoniłam do przyjaciela, który był dyrektorem w ZPC Ursus. Moje naiwne pytanie, czy jest możliwość kupienia „gorszego, czyli tańszego” traktora, wywołała początkowo tylko śmiech. Ale okazało się, że jest wyjście z tej sytuacji. Można zebrać grupę osób w okolicy, które tak jak ja mają ziemię i chcą ją uprawiać ekologicznie, założyć stowarzyszenie i Ursus może nam wypożyczyć na jakiś czas traktor do testowania. Stowarzyszenie? Co to jest? Zaczęłam czytać, dowiadywać się, a potem chodzić, wspólnie z biolożką i matką pięciorga dzieci Jagodą Kłosowską (żoną znanego wielu osobom Wojtka Kłosowskiego, późniejszego specjalisty od rewitalizacji, wtedy bojownika walczącego przeciwko budowie elektrowni jądrowej w Żarnowcu), od domu do domu. I zachęcać moich sąsiadów, przyjaciół – przesiedleńców, głównie artystów, a prawie zawsze osoby, które były możliwie najbardziej niechętne wszelkiemu zrzeszaniu się, do założenia organizacji pozarządowej. I tak 14 lutego 1995 roku zostało zarejestrowane Stowarzyszenie Ekologiczne „Dla Ziemi” (w 2010 roku zmieniliśmy nazwę na Stowarzyszenie „Dla Ziemi”). Dosłownie „dla ziemi”, bo dla uprawy ziemi. Pewnego dnia do wsi Bratnik przyjechał nowiuteńki traktor firmy URSUS i wszyscy zaniemówiliśmy z wrażenia. Potem przez wiele miesięcy regularnie zawoziłam raporty z jego użytkowania do fabryki. Rozpoczęliśmy uprawę, uzyskaliśmy atest Polskiego Towarzystwa Rolnictwa Ekologicznego – dzięki opiece pana Jerzego Szymony z Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie.
W działaniach pozarządowych nie mieliśmy doświadczenia, ale sprzątaliśmy okoliczne lasy, robiąc z tego wydarzenia towarzyskie, obroniliśmy okoliczną wieś przed wywożeniem odpadów do starego wyrobiska po kopalni piachu. Nicole (Nicole Grospierre-Słomińska) została redaktorką naczelną wydawanego przez nas własnym sumptem pisma „Pozytywne Wiadomości”.
Pierwszym projektem, na który otrzymaliśmy zewnętrzne finansowanie (od Fundacji imienia Stefana Batorego), był zakup sieci CB-radiowej, która połączyła nas, mieszkających w kilku okolicznych wsiach. Dziesięć osób miało swój nadajnik, umieszczony zazwyczaj na bardzo wysokim słupie i radio ze specjalnym kanałem do komunikacji i własnym numerem do wybierania połączenia. Na innym kanale można było wzywać pomocy (pogotowie, straż pożarną itp.). Na „naszych”, wybranych kanałach dzieci grały ze sobą w szachy, wymieniały się informacjami o lekcjach, puszczały sobie muzykę. To była dla nas prawdziwa rewolucja komunikacyjna. Trzeba pamiętać, że wtedy telefony były tylko u sołtysów, tylko na korbkę, łączyły się przez pocztę w Kamionce, a w trakcie rozmowy można było czasami usłyszeć, jak telefonistka doradza w rozwiązywaniu naszych problemów. No i oczywiście, gdy się przychodziło do sołtysa, to najczęściej rozmowie towarzyszyła jego rodzina.

Straciliśmy traktor, zyskaliśmy stowarzyszenie

Czas testowania ciągnika się skończył. Nowy dyrektor URSUSA postawił ultimatum: albo wykupicie traktor, albo musicie go oddać. Tak więc traktor odjechał (wykup to była dla nas niebotyczna suma), a z nim nasze marzenia o ekologicznej uprawie ziemi. Nie było wtedy „UE”, dopłat, wsparcia dla młodych rolników. W KRUS-ie z rozbawieniem traktowano nasze pytania o wsparcie.
Ale zostało stowarzyszenie i duża gromada dzieci (wtedy w okolicznych wsiach mieszkało ponad 100 osób z naszej „nieosady”). Zaczęliśmy się rozglądać, czego nam, dzieciom i ich przyjaciołom brakuje. I tak misją organizacji stało się to, by dzieci z okolicy miały takie same szanse edukacyjne, jak ich rówieśnicy z miast. Bo skoro wieś i oddalenie od aktywności kulturalnych był to wybór nas – rodziców, to trzeba młodemu pokoleniu stworzyć takie warunki, by ich dzieciństwo było niezapomniane. I tak rozpoczęły się twórcze wakacje, warsztaty artystyczne – filmowe, muzyczne, wyjazdy, wycieczki, zabawy, mieliśmy do tego odpowiednie przygotowanie, wykształcenie i pasje. Artystów u nas nie brakowało. A poza tym było stowarzyszenie.
Dzięki francuskim kontaktom Nicole szkoła w Kamionce rozpoczęła wymiany młodzieży z Polski i Francji, a w 2006 roku gmina, w której mieszkamy, podpisała porozumienie partnerskie z bretońską gminą Gourin. Od tamtej pory nieprzerwanie trwa między nimi współpraca i przyjaźń.
Mijały lata, a nasze dzieci stawały się młodzieżą i aktywnie angażowały się w projekty w ramach Inicjatyw Młodzieżowych programu UE Młodzież w Działaniu, potem programu PAFW „Równać szanse” i innych. Współdziałali ze stowarzyszeniem jako wolontariusze, kilkoro z nich pracuje z nami do tej pory. Najlepszym przykładem jest Natalia, która zaczynała współpracę jako wolontariuszka jeszcze ucząc się w liceum, potem była coachem w projektach młodzieżowych, a dzisiaj jest członkinią zarządu stowarzyszenia, graficzką, pedagożką i animatorką zajęć. Czy też nasz uzdolniony sąsiad Kacper, który od dziecka uczestniczył we wszystkich projektach stowarzyszenia skierowanych do dzieci, a dzisiaj jest specjalistą-grafikiem, filmowcem i administratorem strony organizacji. Realizując projekty, wymiany, oprócz Polski zwiedziliśmy Francję, Niemcy, Czechy i Ukrainę.

Ekowioski, Global Ecovillage Network i Lokalne Aktywne Społeczności w Polsce

Dlaczego nie powstała planowana tu w latach 80. osada ekologiczna, przecież ta idea nas tutaj przyciągnęła? Gdy przyjechaliśmy do Dąbrówki, w Polsce panował jeszcze poprzedni ustrój polityczny, potem nastąpił okres transformacji, przełomu, ogromnych zmian. Po wielu miesiącach starań, zebrań, spotkań w gminie, prób kupienia ziemi – należącej wtedy do PGR-u – okazało się, że to formalnie bardzo trudne przedsięwzięcie. Ostatecznie każdy miał własny, niezależny dom, gospodarstwo, w kilku sąsiadujących ze sobą wsiach. Może to było zbyt wcześnie i nie byliśmy do tego dobrze przygotowani? A może nie taka była nasza droga? Później po latach doświadczeń, członkostwa w GEN, WAS, okazało się, że jesteśmy bardzo nietypową jak na światowe, ale typową jak na polskie warunki społecznością. Nazwałam to więc na poczet tej historii – „nieosadą”.
W 1998 roku Nicole rozpoczęła przygodę z ekowioskami. Zostaliśmy członkami GEN-u (Global Ecovillage Network, światowej sieci wiosek ekologicznych – a jednak!). Po kilku latach Nicole wybrano do zarządu Europejskiej Sieci Ekowiosek, czyli GEN-Europe. W tym samym czasie jeździła po Polsce i odwiedzała podobne do naszej grupy, gdzie ludzie przeprowadzali się z miasta na wieś i działali w jakiś sposób w społecznościach lokalnych. W ten sposób poznała Ewę Smuk-Stratenwerth z Grzybowa, Jadwigę Łopatę ze Stryszowa, ludzi z Pupek i teatru Węgajty oraz najbliższą nam społeczność utworzoną wokół starej stacji kolejowej, częściowo związaną z Teatrem Klinika Lalek z Wolimierza naszą siostrzaną przyjaciółkę Jemiołkę. Początki przyjaźni między naszymi dziećmi i dziećmi z Wolimierza można zobaczyć w filmie Michała Tarkowskiego „Wolimierz 2001” o Międzyplanetarnym Festiwalu Sztuki: https://www.youtube.com/watch?v=DhVup5ddVR4&t=21s.
Tak powstała sieć WAS – Wiejskich Aktywnych Społeczności, która nas (różne „nieosady” z kilku części Polski) połączyła wymianą doświadczeń życia na wsi, W 2004 roku w Kozłówce odbyło się jedno ze spotkań sieci oraz minifestiwal WAS finansowany przez Fundację Wspomagania Wsi oraz Fundację Batorego w ramach programu „Kultura na prowincji”.
W kolejnych latach współpraca z Global Ecovillage Network osłabła. Dość trudno było nam definiować naszą „nieosadę” jako ekowioskę, tak byliśmy nietypowi wobec świetnie zorganizowanych innych miejsc w Europie. Ale do tej pory odwiedzają nas piękni, kolorowi wędrowcy, rowerzyści z całego świata, szukając tu inspiracji i spokojnego przystanku na swojej drodze.
Zawsze podkreślam to, co jest naszym największym sukcesem, w kontekście prawdziwych, łatwo definiowalnych ekowiosek na świecie. Ekowioski mają często problem z następnym pokoleniem. Tamerę, Zegg, czy kolejne znane nam osady, młodzież opuszcza w poszukiwaniu innego życia. Być może ta nasza nietypowość spowodowała natomiast, że nasze dzieci budują swoje domy blisko, w okolicy. Że kontynuują naszą drogę w przyjaźni ze swoimi rówieśnikami i sąsiadami. Że po studiach w różnych miastach Polski, po zagranicznych podróżach tutaj wracają. I tu rodzą się nasze wnuki i wnuczki 

Z Lubelszczyzny do Syczuanu

W 2006 roku zostaliśmy zaproszeni jako grupa artystów bębniarzy na Dzień Tybetański w Społecznym Gimnazjum na Raszyńskiej w Warszawie. Tam poznaliśmy tybetańskich mnichów, którymi opiekowała się twórczyni Fundacji Sam Dżub Ling – prawniczka i redaktorka Donata Trapkowska. Zaowocowało to projektem, w ramach którego w 2006 roku u Justyny (Justyny Laskowskiej-Otwinowskiej) na Starym Polu usypana została mandala z kolorowego piasku (całą ceremonię można obejrzeć na filmie Michała: https://www.youtube.com/watch?v=nbY5fbApohI).
A potem, w 2007 roku, projektem badawczym w tybetańskiej części Syczuanu, w miejscowości Golok Toe, rodzinnej wsi jednego z poznanych wcześniej mnichów A-Jama. O tym na pewno napiszę kiedyś osobną historię. Najważniejsze jednak jest dla nas to, co się wydarzyło już w 2008 roku, gdy projekt „Edukacja zdrowotna w Golok Toe”, współfinansowany w ramach Programu Polskiej Pomocy Zagranicznej MSZ w 2007 roku zakończyliśmy, a raport z przebiegu projektu dotarł do Dharamsali.
Skoro pracowaliśmy z uchodźcami tybetańskimi, a jest ich w Warszawie około dwudziestu, to kto zamieszkuje ponad dwadzieścia Ośrodków dla Cudzoziemców w Polsce, z których aż siedem mieści się na Lubelszczyźnie? Na pewno nie Tybetańczycy…

2008 rok – dlaczego uchodźcy, jak to się zaczęło?

Wspólnie z Justyną, członkinią wyprawy do Tybetu, etnolożką, pojechałyśmy do Ośrodka dla Cudzoziemców w Lublinie i zapytałyśmy, kim są uchodźcy w ośrodku, czy działają tam jakieś organizacje pozarządowe i w jaki sposób pomagają mieszkającym tam ludziom? Okazało się, że w Lublinie, mieście akademickim, jest wystarczająca grupa wolontariuszy i organizacji, które zajmują się dziećmi i pomagają dorosłym. Ale już w odległym o kilkanaście kilometrów ośrodku w Niemcach-Leonowie czy w oddalonym o prawie 100 km Łukowie nie działa nikt.
Pierwsze kroki skierowałyśmy do Dyrektora Generalnego Urzędu do Spraw Cudzoziemców i gdy udało nam się z nim spotkać, spytałyśmy czy UDSC chciałby nawiązać współpracę partnerską przy realizacji projektu na terenie ośrodków z organizacją z Bratnika? Byłyśmy przygotowane na to, że dyrektor uśmiechnie się pobłażliwie i poradzi nam jakieś inne zajęcie, ale on powiedział: oczywiście, musimy tylko skonsultować proponowany przez was projekt z naszym biurem prawnym (projekt „OBCY? Zbliżenia”, w ramach pierwszych Funduszy Norweskich). I że jest jak najbardziej otwarty na współpracę!
Kolejne kroki skierowałyśmy (my – kilka kobiet z „Dla Ziemi” i ze Stowarzyszenia Homo Faber, któremu również zaproponowaliśmy partnerstwo), do największego autorytetu czeczeńskiego, czyli pana Issy Adajewa, ostatniego Dyrektora Generalnego Muzeum Narodowego w Groznym, malarza, poety. Pan Issa przyjął nas w pokoju gościnnym, zapytał, co chcemy robić, dlaczego, potem skrytykował nas tak, że byłyśmy o połowę mniejsze, a na końcu został naszym największym wsparciem i przyjacielem do końca swojego życia, gdy choroba zabrała go w 2012 roku… To on zadzwonił do ośrodków i udzielił nam poparcia w Radzie Starszych. Nasz pierwszy projekt, w ramach którego wydaliśmy komiks „O królu Brudasie”, który miał zachęcić dzieci do mycia rąk, został dokładnie skonsultowany ze Starszymi w ośrodkach.
Potem czytaliśmy książki – wszystkie o Kaukazie, o innych kulturach, religiach, beletrystykę, reportaże, byleby tylko były związane z uchodźcami i migrantami. Odwiedzaliśmy organizacje pozarządowe, które miały już doświadczenie w takiej pracy. Pierwszy spektakl Ela Rojek (była solistka Teatru Gardzienice, Orkiestry Świętego Mikołaja, uznana za jedną z najlepszych wokalistek w Polsce) i Tomek zrealizowali z Danielem Brzezińskim ze Stowarzyszenia Praktyków Kultury z Warszawy. Powstawały kolejne projekty skierowane początkowo głównie do dzieci, potem powoli, w miarę poznawania potrzeb, również do dorosłych (nauka języka polskiego, angielskiego, kursy zawodowe). Seria projektów „OBCY? Zbliżenia”, trwała od 2009 do 2014 roku. Wycieczki, wyjazdy, zabawy, warsztaty artystyczne, edukacyjne, język polski przez zabawę, piłka nożna, kręcenie filmików. Duży nacisk kładliśmy na integracyjne zajęcia w szkołach pomiędzy dziećmi polskimi i dziećmi z ośrodków. Gdy zamknięto ośrodek w Niemcach-Leonowie i uchodźcy, z którymi współpracowaliśmy, przenieśli się do Lublina, „poszliśmy” za nimi. Gdy zlikwidowano ośrodek w Lublinie, działaliśmy w Bezwoli. Zawsze, nieprzerwanie, równolegle w Łukowie. Kolejnymi działaniami były dopłaty do mieszkań uchodźców, wystawy zdjęć, warsztaty w formie „żywych książek” w szkołach, murale, spektakle, konferencje, szkolenia dla nauczycieli, warsztaty teatralne, grupy wokalne, taneczne, instrumentalne.

Jak dotrzeć do tych, z którymi nie mamy na co dzień do czynienia?

Nad tym zastanawialiśmy się aż do 2012 roku, gdy w ramach projektu współfinansowanego przez Fundację Edukacja dla Demokracji pod tytułem „Zaśpiewaj mi o Kaukazie” nagraliśmy piosenkę „Wojny za miedzą”. Za lasem, niedaleko Bratnika zamieszkał idol młodzieży – Junior Stress, czyli Marcel Galiński, syn naszych znajomych z Lublina. Okazało się, że jest naprawdę znanym wykonawcą muzyki ragga, dance hall, do tego wrażliwym człowiekiem i bardzo zdolnym muzykiem. Marcel ułożył słowa do pierwszej piosenki o uchodźcach, a udział w nagraniu wziął słynny czeczeński muzyk Zhandar Zakaev. W teledysku wykorzystaliśmy fragmenty zdjęć z pierwszej wojny czeczeńskiej autorstwa zaprzyjaźnionej reporterki i pisarki Krystyny Kurczab-Redlich (w 2005 roku na wniosek czeczeńskiej organizacji Echo wojny, Amnesty International i Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka jej kandydatura została zgłoszona do Pokojowej Nagrody Nobla). Poprzez tę piosenkę dotarliśmy do zupełnie innego grona niż członkowie organizacji pozarządowych zajmujący się prawami człowieka. Utwór na dwóch kanałach na YouTube miał bardzo szybko kilkadziesiąt tysięcy wejść, a pod nim ukazywały się codzienne komentarze w stylu „Big up Junior – szacun za to, co robisz dla uchodźców”. Nie do uwierzenia teraz, prawda?
Zobaczyliśmy, że muzyka to nasza specjalność, wszak takie mamy korzenie, i nasze bogactwo. Docierać przez sztukę z informacją o uchodźcach, a przede wszystkim przez muzykę. Tak powstawały i powstają utwory nagrywane z uchodźcami, migrantami i polskimi muzykami. Odpowiedzialny jest za to – od strony muzycznej – Tomek.

1. Wojny za miedzą – na podstawie tradycyjnej pieśni czeczeńskiej, nasze pierwsze nagranie o Czeczenii:

2. Illi do mego dzieciństwa – na podstawie tradycyjnej pieśni czeczeńskiej, o dzieciństwie, nagrane w SP nr 31 w Lublinie, do której do niedawna chodziło dużo dzieci uchodźczych:

3. List do świata – nagranie dzieci polskich i czeczeńskich z SP nr 31 w Lublinie, za zgodą pana Sikorowskiego z zespołu Pod Budą:

4. Moja ukochana dziewczyna – tradycyjna pieśń czeczeńska, nagrana w Bieszczadach, podczas wycieczki:

5. Nana – tradycyjna pieśń czeczeńska, o miłości do matki:

6. Khawuleza – o kobietach z całego świata, na podstawie pieśni Miriam Makeby, która jako mała dziewczynka była w więzieniu w RPA wraz ze swoją matką:

7. Tuman jaram – tradycyjna piosenka białoruska:

8. Zelene zhyto – tradycyjna piosenka ukraińska:

9. Sasmangraj – piosenka romska:

Głosem kobiet – nowa misja i Kluby Kobiet Aktywnych

W 2014 roku, w ramach projektu „Głosem kobiet”, finansowanego w Programie Obywatele dla Demokracji (którego Operatorem była Fundacja Batorego, obecna w naszym życiu w każdym najważniejszym dla nas momencie), rozpoczęłyśmy działania skierowane do uchodźczyń i migrantek. Właśnie współpraca z kobietami stała się naszą misją. Inspirowała nas Magdalena Kawa, która od początku współpracowała z nami (kiedyś jako członkini Homo Faber), a teraz, w trakcie tego projektu jeszcze mocniej zaangażowała się we współpracę i została naszą Członkinią Honorową (Magda działa w obszarze edukacji międzykulturowej, pracuje na uczelni, zajmuje się edukacją o Holokauście i przedstawianiem Zagłady w debacie publicznej).
Stowarzyszenie Aktywności Lokalnej Bona Fides od jakiegoś czasu tworzyło na Lubelszczyźnie Kluby Kobiet Aktywnych, wzmacniające rozwój osobisty kobiet z niewielkich miejscowości i wsi. Wraz z Elą spotkałyśmy się z szefową organizacji – Iwoną Przewor i zaproponowałyśmy jej współpracę. Osobą kontaktową stała się dla nas niezwykła dyrektorka biblioteki w Łaziskach Karolina Suska. To ona pomogła nam organizować w Klubach Kobiet na Lubelszczyźnie spotkania, w których brały udział uchodźczynie z Białorusi, Czeczenii, Dagestanu, Gruzji, Mołdawii, Syrii, Tadżykistanu i Ukrainy. Te spotkania kobiet różnych kultur, religii i obyczajów okazały się jednym z najważniejszych naszych działań. Opowiadane historie życia, wędrówki, przeszłość i teraźniejszość okazały się tym, co łączy. Chyba wszystkie kobiety mają podobne pragnienia, podobne potrzeby, ale może je różnić niezależna od nich sytuacja.
W 2017 roku współpracująca z nami Kurdyjka Aliona Doloyan Karaman otrzymała nagrodę podczas IX Forum Kobiet Aktywnych w Bychawie. Po spotkaniu czekała nas niespodzianka: przy stole, niedaleko sceny leżał list poparcia dla Aliony, w którym kobiety Lubelszczyzny zwracały się do szefa Straży Granicznej i UDSC z prośbą, by jej rodzina została w Polsce. Do złożenia podpisów ustawiła się długa kolejka…
Od kilku miesięcy zgłaszają się do nas wolontariusze, artyści, naukowcy. Chcą pomagać, robić coś dla uchodźców i uchodźczyń. Dwie zbiórki na portalu Zrzutka.pl okazały się sukcesem (byliśmy na trzydniowej wycieczce uchodźczyń z dziećmi latem 2017 roku i zorganizowaliśmy tygodniowe ferie zimowe w 2018 roku). Nie ma tygodnia, by nie zgłaszały się osoby z pomysłami na to, co robić nowego. To jak pospolite ruszenie.

Koniec finansowania unijnego? Szukanie nowych dróg, nieoczekiwane wsparcie

Od stycznia 2016 roku nie mamy odpowiedzi na złożone przez nas dwa duże partnerskie projekty (jeden w partnerstwie z UDSC, drugi z Urzędem Miasta Lublin). Formalnie działamy dzięki wsparciu instytucjonalnemu Fundacji Batorego. Ale to wsparcie będzie jeszcze tylko do sierpnia 2019 r. Dostaliśmy ostatnią szansę na dokonanie zmian. W nas, w myśleniu o organizacji, w uniezależnieniu się od dotacji, które skończyły się wcześniej, niż się tego spodziewaliśmy. W nauczeniu się różnych metod pozyskiwania pieniędzy na działania organizacji…
Analizując od kilku miesięcy naszą sytuację, widzimy, że przez te lata wykonaliśmy ogromną ilość działań, w tym minimum tych promocyjnych. Nie umieliśmy nigdy tego robić. Zaniedbana strona internetowa, znikające strony pomniejszych projektów, wykonywane na okres roku, dwóch. Staramy się to naprawić, zmienić. Mamy energię, wiedzę ekspercką i potencjał. A teraz także nowo powołany Zespół do Spraw Komunikacji. I poznaliśmy odpowiednią osobę – specjalistkę ds. fundraisingu. To ona zachęciła nas do napisania o tym, o czym milczeliśmy, uznając to za nieciekawe czy też niekonieczne do opowiedzenia. Teraz poczułam, że może warto o tym napisać, warto się przedstawić. Czy mam rację?

Ewa Kozdraj